Wszystko zaczęło się od kłótni z Ewką. To moja siostra, bliźniaczka.Wszyscy zawsze mówią, że chcieliby mieć bliźniaczkę, ale to wcale nie taki fajne jak się wydaje. Ona wygląda jak ja, zachowuje się jak ja i musi być tam gdzie jestem ja. Różnimy się jednym ona jest jakby... za spokojna. Kontynuując wracałyśmy właśnie z jakiejś restauracji, której nazwy nie pamiętam, jedyne na co zwróciłam uwagę to kelner o nieziemsko zielonych oczach i oszałamiającym uśmiechu. Pokłóciłyśmy się o to, która powie mamie, oczywiście jak zawsze skończyłyśmy na niczym, po prostu nie wytrzymałam i skręciłam w jakąś ulicę. To było najgłupszą rzeczą jaką mogłam zrobić, ale skąd mogłam o tym wiedzieć w chwili, w której (jak to przynajmniej robią w moim serialu) powinno nastąpić wielkie wyjście?
O swojej głupocie przekonałam się po chwili, na początku szło się łatwo, kilka domów, jasno dużo ludzi, ale z czasem uliczki zaczęły się zawężać, ludzi i domostw coraz mniej i było zimno, bardzo zimno. Po chwili przestałam czuć palce u nóg i rąk ale nie to było moim najważniejszym problemem, weszłam w jakąś ślepą uliczkę i nie pamiętałam jak tam dotarłam, obróciłam się licząc na to, że Ewka będzie szła za mną, że mnie goniła błagając o wybaczenie, ale jej tu nie było, zapewne pomyślała, że wiem co robię. Wpatrując się w jakąś starą kamienicę i zastanawiając się czy zapukać usłyszałam szmer za sobą, szybko się obróciłam, mimo moich najszczerszych pragnień był to tylko kot szperający w śmieciach. Zawiedziona podeszłam do drzwi. Zapukałam, niemalże słyszałam bicie własnego serca. Nikt nie odpowiedział na moje wołanie, pukanie, krzyczenie, rzucanie kamieniami. Nic, głucha cisza.
-zgubiłaś się? - odwróciłam się natychmiastowo. Przede mną stał chłopak o blond włosach o osmalonej twarzy w jakiejś starej kurtce. Zachowałam twarz:
- nie potrzebuję twojej pomocy - odpowiedziałam pogardliwie, uśmiechnął się i odwrócił na pięcie - zaczekaj, nie jednak chyba mam prośbę, zgubiłam się. - zrezygnowana zawołałam za nim.
Spojrzał na mnie z jednoznaczną miną : "wiedziałem". Złapał mnie za rękę i pociągnął za sobą. Po kilkunastu minutach byliśmy pod blokiem całkiem niedaleko centrum. Stałam w milczeniu analizując gdzie powinnam teraz pójść.
- Idziesz? - spytał się mnie anielsko melodyjnym głosem. Nie wiedziałam co powiedzieć.
-Jak ci się teraz odwdzięczę?
-Czy mogę poznać twoje imię? - zapytał.
- Aurelia - odpowiedziałam po chwili, zawstydzona - nigdy nie lubiłam swojego imienia, wolałabym już mieć na imię Hanka albo Zdzisia, na pewno nie Aurelia, jak jakaś księżniczka zza morza.
- Aurelio, pomoc tobie była dla mnie nie lada zaszczytem - zaśmiał się.
Uśmiechnęłam się głupio, po co ja tu jeszcze stałam, na mrozie, z facetem którego poznałam przed momentem, tajemniczym wybawicielem. Podziękowałam mu i wróciłam do domu, myślałam, że nie wytrzymam, dzień w dzień opowiadałam Ewce o chłopaku który pojawił się nagle i znikąd, za każdym razem wprawiając ją w wybuch śmiechu. "Brudny super-bohater", "zatajony nieznajomy" dręczyła mnie tym codziennie, ale przynajmniej nie wracałyśmy do tej durnej kłótni.
Pewnego dnia wracając ze szkoły weszłam w tajemniczą uliczkę, doszłam do starej kamienicy i siedziałam pod drzwiami rysując licząc na ponowne pojawienie się nieznajomego, nie pojawił się, ale przychodziłam tam codziennie i marzłam licząc na cokolwiek.
Pewnego popołudnia kiedy zakradałam się "moją uliczką" jak nazwała ją Ewa usłyszałam czyjeś śmiechy, kpiny i okrzyki, przestraszyłam się ale szłam dalej. Nie znalazłam źródła hałasu, pod kamienicą nikogo nie było, prawie. Stał pod nią chłopak w garniturze o blond włosach i... czystej twarzy.
- znowu tutaj? - zapytał się z uśmiechem.
-lubię to przebywać - mruknęłam.
I tak było codziennie przychodziłam pod kamienice i rozmawialiśmy, dowiedziałam się, że jest sierotą i kiedyś mieszkał w kamienicy, że miał kiedyś dziewczynę ale zdradziła go i mimo jego wielkich poszukiwań kolejnej żadna mu nie odpowiadała, powiedział mi o swoim zamiłowaniu to rysowania i wielkiej chęci śmierci. Codziennie śmialiśmy się razem i widziałam, że z dnia na dzień coraz mnie mówił o samobójstwie. To był mój pierwszy przyjaciel od bardzo dawna i było to wspaniałe uczucie. Pewnego dnia kiedy mnie zobaczył uśmiechnął się tak bardzo, że tylko czekałam aż wpadnie mi w ramiona i zemdleje. Przytulił mnie najmocniej z całej siły i pocałował, delikatnie zbliżył nasze wargi ku sobie, było to pełne ciepła i radości, ekscytacji połączonej z nadzieją, kiedy wreszcie oderwał się ode mnie zapytał po cichu:
- widzisz? - z początku nie zrozumiałam o co mu chodzi, lecz po chwili zobaczyłam jasne światło, które niemal mnie oślepiło.
- widzę - szepnęłam przerażona.
- idź tam - powiedział i złapał mnie za rękę - idź powtórzył. Nagle przed oczami miałam ostatnie kilka dni. Kłótnia z Ewą, tajemnicze uliczki, samochód, kamienica. Co tam robił samochód ? nie przypominałam go sobie, i nagle sobie wszystko uświadomiłam. To nigdy się nie wydarzyło, nie stałam pod kamienicą, nie wróciłam do domu, nie gadałam z Ewką. Jedyną prawdą w tym wszystkim był On. Kiedy zdenerwowana szłam ulicami nagle wyjechał samochód, potrącił mnie. Umarłam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz